Raport tygodniowy

tarta w piecu

Nowy Bufet się otworzył, zaczęliśmy sprzedawać spożywcze wytwory naszych rąk i zmieniliśmy rytm życia. Wprawdzie to tylko 5 dni, ale mam już kilka obserwacji. Po pierwsze – są już stali klienci, którzy od pierwszego dnia są praktycznie codziennie. Przychodzą, chwalą, próbują, rozmawiają. Bardzo to miłe i krzepiące, bo dawno nie słyszałam tylu ciepłych słów od obcych ludzi. Po drugie zdałam sobie sprawę, że dawanie bez pytania rad obcym ludziom, jak mają prowadzić swoje biznesy to w gruncie rzeczy przejaw arogancji. Ktoś wchodzi i bez pardonu mówi mi, co mam tu sprzedawać i gotować, bo on wie najlepiej. Bo 20 lat był kucharzem w wojsku. Bo niemożliwym jest, żeby nie było pierogów, placków z gulaszem i szarlotki z lodami. Dyskusja nie ma najmniejszego sensu, uśmiecham się więc miło, delikatnie obstaję przy swoim i obiecuję szarlotkę, ale po wcześniejszym zapowiedzeniu wizyty. Wiem że będzie tu więcej tych panów w średnim wieku w skórzanej kurtce, bądź z reklamówką ALDI w dłoni, którzy będą patrzeć z góry na nietradycyjne potrawy i na mnie przy okazji. Postanawiam jednak robić swoje i zadowolić tylko część potencjalnych klientów, bo jak wiadomo wszystkich nie sposób. Brzydkie słowo „target” doszło w końcu do głosu i pokazało swoją siłę.

I primo po trzecie – wspaniale jest gotować dla ludzi, rozmawiać z nimi i widzieć że smakuje im to, co zjedli. Najfajniej jest przekonać kogoś do dania, którego nigdy nie jadł i usłyszeć potem, że faktycznie pyszne. Po prostu chcę nadmienić, że bardzo mi się podoba to co robię i cieszę się, że zdecydowaliśmy się poremontować trochę lokal po MPK i pojeździć rowerami do Castoramy, by przywieźć na własnych plecach wszystkie te śrubki, umywalki, farby i rękawice robocze.

Na razie cieszę się z wolnego weekendu, ale od przyszłego tygodnia powinnam zacząć z powrotem umieszczać przepisy na Wielkiej Pyszności i zdywersyfikować trochę życiowe czynności, wracając do pisania.