2 lutego 2016

  
To już drugi Dzień Świstaka, który razem przeżywamy. Muszę przyznać, że jestem świstakiem wzorcowym. Tak wzorcowym, że mogłabym być eksponatem w Sèvres, obok wzorów metra i kilograma.
Pisałam niedawno, że wyrabiam sobie nowy dowód. I to przez internet! Ho, ho, jakież to nowoczesne czasy przyszły. A dowód wyrabiam, bo pewnego ranka w zeszłym tygodniu utraciłam portfel na skutek nieuwagi. Byłam pewna, że wypadł mi w piekarni, więc od razu rączo tam wróciłam. No i nic. Po południu również tam pojechałam dla pro formy, ale poszukiwania moje i pani ekspedientki spełzły na niczem. Pogodzona z losem, z pozastrzeganymi kartami i dokumentami (tuż przy piekarni są Chwilówki!), odebrałam na drugi dzień telefon z piekarni, że portfel jednak jest. Jakiś pan go znalazł…na oknie. Czyli reasumując złodziej go podrzucił. Czemu? Nie wiem. Pewnie dlatego że jest stary i zużyty (portfel, bo co do złodzieja pewności nie ma, ale złośliwie można napisać, że pewnie i owszem). Zabrał sobie znaleźne – dwudziestozłotowy banknot i – to jest wisienka na torcie – DWA ŻETONY Z LIDLA. Mam nadzieję, że kiedy robi tam zakupy, mysli o mnie.
Ja o Was na pewno myslę. Od samego rana. Dlatego ugotowałam dziś krem z pieczonej cebuli z grzankami. Niedługo upiekę cannelloni ze szpinakiem i ricottą, z pomidorowym lekko pikantnym sosem.
Zrobiłam też Wam tartę z fetą, pomidorkami i dynią. Są jeszcze dwa kawałki tej z bakłażanem i kozim serem. A dla osłody Dnia Świstaka są kruche ciastka kanadyjskie z kawałkami czekolady, i Blondie – pełne prażonych orzechów, białej czekolady z polewą z masła orzechowego na tak zwanym topie.