5 kwietnia 2016

  
Udało mi się dziś bardzo chili con carne. Tak mi się udało, że żądna taniego poklasku prosiłam wszystkich naokoło o próbowanie. Tak – potrzebuję czasem, żeby ktoś zacmokał z uznaniem nad moją robotą. Małżonek stwierdził przytomnie, żebym napisała o tym wspanialym chili na fejsie, wtedy odzew będzie duży i sobie mogę nałapać gorących klasków (to był wyznacznik uznania publiki w proramie ze śpiewającymi dziećmi OD PRZEDSZKOLA DO OPOLA).
Generalizując i zapożyczając frazę z samej siebie z wczoraj, kontynuujemy sutoczas.
Na dzien dobry (oprócz śniadań) są dwie zupy. Albo krem z buraka z jogurtem, albo krem z ciecierzycy i pomidorów – tego ostatniego kilka sztuk.
Potem prócz wzmiankowanego chili są jeszcze lasagne – cztery z brokułami i gorgonzolą, dwie z warzywami bez beszamelu.
Tarty są na razie dwa rodzaje – z wędzonym halibutem i cukinią, oraz z dynią i fetą. Potem na ruszt wjedzie trzecia z pomidorami suszonymi, karczochami i salami finocchiona.
Na słodko prócz immortal Canadiens (żeby ktoś nie pomylił z cannabis – chodzi o Kanadyjczyków) będą dwie tarty – pomarańczowo-śmietankowa oraz z białą czekoladą i kardamonem, polana sosem truskawkowym.