4 listopada 2016

  
Taki trzydniowy tydzień pracy…. Powinien być w każdym miesiącu. Krakowskim targiem można się zgodzić na czterodniowy, niech będzie moja krzywda. Ciekawe ile to by było ciechanowskim targiem? Chociaż tak nie mogę liczyć, bo tata to dziecko repatriantów a mama z okolic puszczy Białej. To miasto – kiedyś wojewódzkie (pewnie wielu ma dziś pretensje do dawnej „świetnosci” 1975-1997) – przydarzyło się po drodze. Co ciekawe, w Krakowie niewiele osób się orientuje co to w ogóle jest, ale stary Żyd z Nowego Jorku chyba, który zagadnął moją siostrę podczas Festiwalu Kultury Żydowskiej był doskonale zorientowany. Potrafił nawet powiedzieć kilka zdań o historii Ciechanowa, oczywiście przez pryzmat swoich pobratymców, których przed wojną było tam wielu.
Człowiek niezmęczony, trochę ogarnięty to i od razu rozkminia mało istotne rzeczy w swojej małej główce, która żyje już weekendem. Od „rozkminiania” powinno być dziś coś z kminkiem, ale nie ma. Jest za to tymianek, czosnek niedźwiedzi, a i lubczyk się znajdzie. Ale po kolei.
Trzy wzmiankowane przyprawy znajdują się sto kilometrów na północ od Warszawy. A nie, to Ciechanów. One znajdują się w zupie – kremie z pieczonych warzyw. Za towarzystwo (spod ciemnej gwiazdy) robi im w zupie białe wino.
Jeśli ktoś wina w piątki nie tyka, może zjeść biedaka, czyli toskańską pomidorową.
Główne, jak na piątek przystało, jest mięsne. To spaghetti z sosem bolońskim, posypane serem grana padano i natką pietruszki.
Tarta jest trochę włoska – zawiera mozzarellę, oliwki, pomidory suszone, pomidorki koktajlowe, grillowaną cukinię i czosnek niedźwiedzi. Są jeszcze trzy kawałki tarty z pieczonymi burakami, mozzarellą, pomidorem i pestkami dyni.
Na słodko dawno nie widziana tarta z bialej czekolady z kardamonem i sosem truskawkowym.