24 listopada 2016

  
Wczoraj znowu byłam niegrzeczna i oglądałam coś, czego nie powinnam. Nie wiem po co to sobie robię. Tym razem chyba pchnęła mnie ciekawość, bo Kołcza Majka polecił nam Bartek. Dzieli nas siedemnastoletnia różnica wieku, a to oznacza, że poruszamy się po zupełnie innych internetach. Bartek czesto przynosi nam nowinki i poleca różne rzeczy. Tym razem polecał wyjątkowo gorąco, co wzięłam za dobrą monetę, a on po prostu ironizował.
Powiem tak – spróbujcie wyobrazić sobie pozion Studia YAYO, ale na serio, przed żywą publicznością i z bukietem ku.ew raz za razem. Tak, to właśnie trener personalny, zwiący siebie Kołczem Majkiem, który wali Ci prosto w oczy jak jest, niczym Max Kolonko. Nie stroni od wulgaryzmów, przez co jest bardziej wiarygodny, bo niech pierwszy kto stroni rzuci kamieniem. Jego występ w jakimś kostiumie z lycry oglądałam przekonana, że jest to jeden z polskich nieśmiesznych kabaretów i po prostu ten krępy jegomość robi sobie yaya z coachów, pokazując ich bełkot. Niestety – ludzie placą 500 pln za czterdziesci minut tego szitu (i to w wersji podstawowej, bo pełen pakiet kosztuje 750 i nie jest to spotkanie indywidualne). Zdębiałam i się zasmuciłam, jak homo sapiens daje się ogłupiać i skubać innemu sapiensowi, przekonany że w końcu robi coś dla siebie.
Z radością wracam do „swoich” internetów. I do gotowania.
Ugotowałam dziś to:
– marokańska zupa z ciecierzycy i fasoli ze świeżym szpinakiem
– tagine, czyli kurczak (a ściślej jego nogi bez kości i skóry) z korzennymi przyprawami, suszonymi morelami, orechami nerkowca, miodem i świeżą kolendrą, podawany z kaszą bulgur
– tarta z karczochami, oliwkami, pomidorami suszonymi i fetą
– ciasto drożdżowe ze śliwkami i kruszonką (4 pln)