28 listopada 2016

  
Jak co miesiąc przez kolejne cztery lata, przjechała tu w weekend moja kumpela z ogólniaka, w celu dokształcania. Umówiłam się z nią na Rynku, gdzie stała już w kolejce do wielkiej beczki z grzańcem. Wraz z jej koleżanką obeszłyśmy świąteczne stragany wzdłuż i w szerz. Sama nigdy bym tam nie zaszła, bo nie przepadam specjalnie, ale w charakterze turystki bawiłam się przednio. Co i raz przystawałyśmy przed stoiskiem, pokazywałyśmy sobie kolejne dziwowiska i wybuchałyśmy śmiechem. A to mała plastikowa choineczka, której czubek dygal w rytm muzyki, a to breloczek-ogonek z prawdziwego lisa (wyglądał trochę creepy). Największe wrażenie zrobiła jednak na nas świąteczno-zimowa bielizna na stoisku z wyrobami wełnianymi. Że leżały tam kalesony z wełny to jeszcze rozumiem. Ale obok kalesonów pyszniły się swą szarością i mechatością barchanowe gacie do kolan, czyli damska bielizna. Od razu przypomniała mi się piosenka, której pewnie nikt już nie pamięta. Z czasów, kiedy disco polo było jeszcze znane jako piosenka chodnikowa, bo kasety sprzedawano prosto z chodników. To piosenka o wełnianych majtochach, gdzie podmiot liryczny jest wyraźnie zdegustowany dessous swojej ślubnej i daje temu wyraz:
„Gdy widzę te z welny barchany
Odwracam się twarzą do ściany
I marzę, by przyśnił się ten
O jedwabnych majteczkach sen”
Proszę, powiedzcie, że jest chociaż jedna osoba, która to pamięta!
Z zupełnie innej beczki – nie tej z winem – jest dziś nowy deser. Zrobiliśmy sernik nowojorski z sosem z truskawek. Już dwóch panów probowało i byli radzi. Cena 7 złotych.
Oprócz sernika mamy takie specjały:
– krem z soczewicy i marchewki z kminkiem, kolendrą i kurkumą
– grillowana polenta z pieczonymi warzywami (bataty, kalafior, ziemniaki, marchewka), sosem z gorgonzoli i świeżą bazylią
– tarta z pikantnym salami z Kalabrii, kukurydzą, fetą i czarnym sezamem