29 listopada 2016

  
Dziś nie bez kozery skierowałam obiektyw (to eufemizm nazwyać tak tę dziurkę na tylniej ścianie tableta) na focaccie. Od kilku dni bowiem trochę zmienilismy sposób ich przygotowywania. Po pierwsze – robimy ciasto poprzedniego dnia, tak jak robi się w pizzeriach i wstawiamy do lodówki gdzie rośnie do rana, ale powoli. Po drugie, po rozmowie z Panią Magdą z Del Duca przestaliśmy wałkować ciasto. To ścisłe zalecenie producenta, bo mąka Polselli jest na tyle wysokiej jakości, że wymaga specjalnego traktowania. Wałkowanie jej nie służy. Nie to, żeby naszym focacciom dotychczas czegoś brakowało, ale skoro takie są prawidła to po co robić po polskiemu. Włoskie rzeczy wolę po włoskiemu, bo często takie gmeranie kończy się np. pizzą z ananasem „Boryna na Hawajach”. Jeśli ktoś mądrzejszy ma większe doświadczenie to trzeba z niego korzystać, zamiast wyznawać zasadę „po głupiemu ale po mojemu” (ileż to razy w dzieciństwie słyszałam to od Mamy – jak widzicie dojrzałam). Po testach organoleptycznych stwierdzam, że jest jedynie delikatna różnica, bo focaccia jest bardziej chrupiąca i ma chropowatszą skórkę.
Ale focaccia nie jest jedyną specialitè de la maison dzisiejszego dnia. Pozostałe przedstawiają się w następujący sposób:
– krem z brokułów z kalafiorem
– tajska wołowina massaman w mleczku kokosowym z mnóstwem przypraw, orzeszkami ziemnymi, ziemniakami i ryżem basmati
– tarta z ostrym salami, kukurydzą, fetą i czarnym sezamem
– sbriciolata z ricottą i czarnymi porzeczkami
Jest jeszcze ostatni kawalek sernika nowojorskiego, którego nawet nie wpisywałam na tablicę. Kto pierwszy ten szczęściarz.