30 stycznia 2017

Wpisując się w światowy trend poszliśmy w sobotę na „La La Land” (ktoś na jakimś forum słusznie skonstatował że całe szczęście, że nie przetłumaczyli tego na polski jako „Kra Kra Kraj”). Po deszczu nagród i entuzjastycznym odbiorze spodziewałam się fajerwerku. Prawie cały seans czekałam na te sztuczne ognie, ale się nie doczekałam. Film przyjemny, oglądało się dość dobrze, początkowa scena na autostradzie robi duże wrażenie, bardzo ładnie grają kolory, ale zdaje się że para poszła w gwizdek. Mnóstwo nawiązań, odniesień – złota era musicali Hollywood, bla bla bla, Casablanca na końcu, a może „Tacy byliśmy”? W każdym razie jestem trochę rozczarowana. Humoru mało, jedna-dwie piosenki to potencjalne hity, chemii na lini Ryan-Emma też jak na lekarstwo. Od razu przypomniał mi się przeceniony „Artysta”, który mimo że dobrze się oglądał, był jednak trochę wydmuszką. Chyba rzeczywiście chodzi o to, że ci w Hollywood lubią filmy o Hollywood. Chociaż znam takich, którzy byli już na „La La Land” kilka razy i pewnie nazwą mnie cyniczną zimną babą bez krztyny romantyzmu w zlodowaciałym sercu. Trudno, mogę dźwigać to brzemię, ale na swoją obronę mam fakt, że na „Brokeback Mountain” byłam dwa razy pod rząd i doznałam silnych wzruszeń.
Kończę już te domorosłe krytyko-wypociny, żeby napisać to, co naprawdę ważne, czyli co dzisiaj jemy:
– toskanska zupa pomidorowa, tym razem w środku oprócz pomidorów, oliwy i przypraw jest zgrillowana focaccia, a nie bagietka, co wpłynęło korzystnie na walory smakowe
– niewidziana wieki quesadillas, czyli grillowana tortilla z serem, szynką, cukinią, kukurydzą, lekko piakntnym sosem z wędzoną papryką i sałatą z winegretem
– tarta z pieczoną dynią piżmową, pomidorami, kozim serem dojrzewającym i tymiankiem
– sbriciolata z czarną porzeczką i ricottą.

I tradycyjnie zapraszam na Wielką Pyszność – z nowego wpisu można się dowiedzieć, jaki obiad jemy najczęściej w domu, kiedy nie chce sie nam gotować.