8 lutego 2017

  
Jako ciągle poszukująca nowej i starej muzyki do naszych rozlicznych playlist, trafiłam na zestawienie Billboardu pięciuset najlepszych płyt wszechczasów. I jest to dobra lista. Jestem dopiero na piątej pięćsetce, ale wiele tu się dzieje. Śmiem twierdzić, że prawdopodobnie dzieje się więcej niż w pierwszej setce. Takich setek na innych stronach przeglądałam już kilka. I cały czas nie mogę się nadziwić, dlaczego ich twórcy uznali że po 1997 nie wyszła żadna wspaniała kanoniczna płyta. Ja to wszystko rozumiem, że arcydzieła, że Bitelsi, że Dylan, Bowie, Stonesi, Pink Floyd (sama ich niezwykle cenię i mam w swoich playlistach na pęczki), ale jednak trąci to trochę myszką (piszę „myszką”, a fejsbuk sugeruje mi umieszczenie w tym wpisie jednego z Was o nazwisku Myszkowski). To coś jak Top Wszechczasów w Trójce – znane, lubiane, podziwiane, a jednak rok w rok to samo, tylko trochę przetasowane. Jest 2017 rok i warto wpuścić trochę powietrza do hippisowskiej kontrkultury i rocka lat siedemdziesiątych, czyż nie? Może na przykład odrobina klasycznego hip hopu (niektórzy redaktorzy wciąż nie uznają go za pełnoprawny gatunek muzyczny)?
To tyle tytułem felietono-dygresji. Głodni czekają, więc już oddaję cesarzowi co cesarskie:
– zupa z kapusty z pesto, pomidorami, ryżem arborio i serem grana padano
– wegetariańskie curry, a w nim m. in. ciecierzyca, soczewica, kalafior, brokuły, pomidory, bataty, marchewka i ziemniaki, podajemy jak zwykle z ryżem basmati i kolendrą
– gulasz węgierski z polentą
– tarta z pikantnym salami, kukurydzą i fetą
– dwa kawałki tarty z karczochami, fetą i brokułem
– brownie z sosem karmelowym