16 lutego 2017

  
Nie opowiadałam Wam jeszcze o moim znalezisku sprzed kilku lat. To mogło być z siedem, osiem lat temu. Był drugi maja, czyli według Stanisława Barei Dzień Leśnika. A mówiąc krótko – sam środek długiego majowego weekendu. Szliśmy sobie z wtedy jeszcze chłopakiem na długi spacer, cos w okolicach południa. Augustiańską, św. Agnieszki i w lewo w Koletek. Na Koletek, ulicy z rzadka uczęszczanej, znalazłam koło żywopłotu książkę (chociaż nie jestem takim hardkorowcem jak Pawel Dunin Wąsowicz, którego wyprawy po warszawskich śmietnikach w poszukiwaniu zapomnianych i wyrzuconych książek przeszły już do miejskiej legendy). Podnoszę – książka tania, w miekkiej okładce z jakimś widoczkiem. Tytuł – coś o przysłowiach na każdy dzień roku. Rzeczy typu „na świętego Grzegorza idzie zima do morza”, ale bardziej rozbudowane. Jako niedoszła etnolożka pomyslałam że to znak od Oskara Kolberga. Otworzyłam pierwszą stronę, a tam…. odręczna dedykacja dla Zbigniewa Wodeckiego! Ha! Wiem z rożnych źródeł, że kochany Pan Zbigniew w tamtym czasie zamieszkiwał okolice Smoczej i Koletek. Wymyśliłam teorię, że chałturzył gdzieś na majówce, wielokrotnie poprzedniego wieczoru wznosił toasty i idąc do domu po prostu zgubił prezent.
Plan mam taki, że następnym razem gdy w Krakowie będzie koncert Wodeckiego z Mitch&Mitch, załatwię z ich lub jego managementem uroczyste wręczenie zguby po latach. Ileż będzie wzruszen, a śmiechu co nie miara.
Póki co mam bardziej krótkosiężne plany – dzisiejsze już nawet zrealizowane. Według nich na lancz podajemy:
– zupa kukurydziana z mleczkiem kokosowym, imbirem, limonką i trawą cytrynową
– krem z brokułów i groszku
– farfalle alla puttanesca, czyli makaron z sosem z oliwek, pomidorow i kaparów, posypany serem grana padano i natką pietruszki
– tarta z wędzonym halibutem, cukinią, pomidorami i tymiankiem
– tarta cytrynowa
– trzy mniejsze kawałki brownie w cenie 5 złotych.