8 marca 2017

  
Odpaliłam dzis rower. Przypadkowo to ważkie w moim życiu wydarzenie zgrało się z Dniem Kobiet. Dużo się będzie dzisiaj działo z tej podwójnej okazji. W mieście przejdzie kobiecy protest, a ja z moim rowerem pomkniemy w zupełnie innym kierunku – najpierw z małżonkiem do sklepu sportowego kupić mu buty (jak wieku mężczyzn chodzi on na okrągło w jednej parze aż do zdarcia – zdarcie jest tuż tuż, już w zasadzie nastąpiło). Następnie na naszych starych rowerach udamy się do sklepu wielkopowierzchniowego typu Selgros, w celu nabycia widelców jednorazowych, bo do końca tygodnia prawdopodobnie nie starczy nam tych, które mamy. Po tej rowerowej eskapadzie pojedziemy na tak zwany kwadrat, aby poczynić dalsze przygotowania do sobotniego malowania sufitu (wczoraj posprzataliśmy już podantresolowego Augiasza i wynieśliśmy wory śmieci). W związku z powyższym czekam tu na darczyńców Dnia Kobiet, ażeby przynieśli mi rajstopy (najlepiej Calzedonia czarne cienkie, rozmiar 3), albo goździki. Jestem do szesnastej.
Ja czekam na rajstopy, a Wy na menu. Już podaję:
– krem z dyni i cukini z „makaronem” ze skórki cukini
– gulasz węgierski z kaszą gryczaną lub polentą
– tarta z burakami, orzechami włoskimi, serem provolone piccante i pomidorkami cherry
– ciasto drożdżowe ze śliwkami, kruszonką i płatkami migdałów