16 marca 2017

  
Wracawszy wczoraj od siostry rowerem okutana w czapkę i kaptur z budrysówki, na Plantach, na wysokości Świętej Anny poczułam delikatne pacnięcie w prawą stronę czerepu. Taki plask. Tak tak – kto już się uśmiecha pod nosem i domyśla dalszej części historyjki, ma absolutną rację. Owszem – zostałam przyozdobiona przez ptaszę. Wyjęłam w panice mokre chusteczki i jęłam trzeć materiał kaptura z zapałem. Prawie się udało. To przypomniało mi inną sytuację, która miala miejsce w bliskim sąsiedztwie czyli na tej alejce Plant między Collegium Novum i Filharmonią. Tam, gdzie odbywają się ptasie sejmiki przed nocnym odlotem do lasu i gdzie asfalt jest tak upstrzony, że żaden Dalmatyńczyk tamtędy nie chodzi, bo mu zwyczajnie wstyd. Kiedyś, jeszcze w studenctwie, byliśmy zgrają na Plantach w tamtej okolicy – wiecie jak to było – ciepło, studenci, używki, szalone lata. Dochodzilismy właśnie do rzeczonej alejki, gdy nagle owładnęła mną myśli, że trzeba biec, puścić się pędem, bo przecież ptaki, amunicja, niebezpieczeństwo, walka o życie! Podzieliłam się ową chaotyczną myślą z kompanami, ale nie znalazłam zrozumienia. Pusciłam się więc kurcgalopkiem przez strefę rażenia, zostawiając beztroskie towarzystwo w tyle. Efekt był taki, że jako jedyna zostałam spacyfikowana przez ptactwo. Ale wczoraj narzekaliśmy z jednym klientem na problem gołębi na balkonach, myślę więc ze to była karma.
Ekhm, ekhm, co do karmy, to dziś przedstawia się u nas następująco:
– krem z dyni z mleczkiem kokosowym , imbirem i limonką
– lasagne z porami, gorgonzolą i tymiankiem
– lasagne z dynią, brokułami i oliwą truflową
– lasagne z sosem bolońskim (do wszystkich rodzajów lasagne podajemy sos rosé)
– tarta z pikantnym salami, bakłażanem i fetą
– tarta cytrynowa z bezą.