21 marca 2017

  
Pewnie znacie tę jedną z żydowskich opowieści, jak rabin pomógł biednemu Dawidowi czy Mośkowi w niedoli. Przyszła chłopina i narzeka, że ośmioro dzieci w izbie, że bieda aż piszczy, że głód w garnki zagląda. Rabin ordynuje kupić kozę. Biedak przerażony, po cichu puka sie w czoło, ale wytyczne spełnia. Po tygodniu jest jeszcze gorzej, po dwóch tygodniach rabin poleca zwierzaka usunąć. Jakież są podziekowania i jakie szczęście biednego Żyda, że w domu więcej miejsca, że kozę sprzedał i trochę grosza wpadło, że nie śmierdzi, że zwierzak wsystkiego nie zjada. Jak śpiewał Kazik „Hej hej hej, inni mają jeszcze gorzej”. Albo też Robert Janson, ustami Kuby Badacha w Muzycznej Jedynce „Małe szcześcia i ich smak”.
Pisze to, bo weekendowe malowanie pokoju było właśnie taką kozą. Takim starym, brodatym capem. Cap zniknął, a mnie się wydaje że trafiłam do Edenu. I mimo przemęczenia jakaś taka energia mnie rozpiera! Ta energia zmaterializowała się w konkretne, namacalne wiktuały na dzisiejszy lancz. Oto one:
– krem z selera z gorgonzolą
– gulasz segedyński z wołowiny z kiszoną kapustą i kminkiem, podawany z czeskim knedlem i śmietaną
– tarta wytrawna z burakami, kozim serem, pomidorkami śliwkowymi i pestkami dyni i słonecznika
– wspaniałe blondie z prażonymi orzechami, białą czekoladą impolewą z masła orzechowego
Żeby nie pisać półprawdy dodam jeszcze, że druga część refrenu piosenki Kazika, dla której inspiracją było opowiadanie Rolanda Topora o uwięzionych w górach przyjaciołach, którzy postanowili z głodu zjeść nogę najsłabszego ale okazało się, że ten samolub spożył ją sam potajemnie, brzmi:
„Ale nie da ukryć się że są tacy, którym jest lepiej.”