10 czerwca 2017

  
Tak jak obiecywałam, wzięłam się za czytanie „Syren”. W tym celu udałam się nad Wisłę z kocykiem, żeby okoliczności przyrody umilały mi konsumpcję lektury. Małżonek drwił, że nie muszę nigdzie jeździć, żeby uciąć sobie drzemkę, na co nie znajdowałam kontrargumentu, bo wiedziałam że Morfeusz znajdzie mnie nad Wisłą i przytuli. Tak też się stało, ale nie z powodu braku akcji w lekturze. Powód znalazłam w wywiadzie z trenerem snu, który twierdzi że przesypianie ośmiu godzin to mit, że można spać w transzach po dwie godziny i że są dwie pory w ciągu dnia, kiedy można uzupełnić braki senne – 13.00-15.00 i 17.00-19.00. A że był to ten drugi przedział, to przycięłam sobie komarka. Obudził mnie telefon od siostry, która (chyba Was nie informowałam) zmieniła miejsce zamieszkania na Trójmiasto. Za chwilę obie siostrzenice się tam przeprowadzą i oto cała moja rodzina postawi na Bałtyk, zostawiając mnie w smogu i tęsknocie. Ja tu zostaję – mam nadzieję, że ku Waszej uciesze. Wprawdzie już mi siostry brakuje, ale przynajmniej jest kolejna nadmorska meta na długoweekendowe wypady (kolejna, bo inna siostra już tam mieszka od sześciu lat). Napiszę jeszcze, że „Syreny” mnie wciągnęły i zapowiadają się jak rasowy noir (femme fatale już się pojawiła).
A teraz zwyczajowy przeskok do aprowizacji. Dziś proponujemy:
– krem z pomidorów, do którego się zacietrzewilam i zrobiłam lane kluski
– tradycyjne już w poniedzialek TAGINE z kurczaka z suszonymi morelami, orzechami nerkowca, miodem i świeżą kolendrą, podawane z kaszą bulgur
– tarta wytrawna z grillowaną cukinią, szałwią i gorgonzolą
– sernik nowojorski z musem ze świeżych truskawek.