7 lipca 2017

  
Jak się tak czasem przejdziemy po Kazimierzu, albo Rynku i okolicach, to okazuje się że rotacja wśród lokali z wyszynkiem jest zatrważająco duża. Dopiero co się otworzyło a już zamknęli. Albo było tyle lat, na pozór znakomicie prosperowało, a nagle w to miejsce otwiera się filia czegoś, co wcale nie jest olśniewające, ale najwyraźniej ma fundusze i idzie za ciosem. Albo na przykład miało taki mocny PR w internetach, przekonywano że tu najlepsze steki/zapiekanki/makarony etc., ale PR sobie, a ludzie sobie i jakoś tego nie kupili. Inaczej też bywa – miejscówka ewidentnie mierna, ale zrządzeniem różnych czynników kolejki ciagną się po horyzont. Jakby ktoś znalazł na to jakiś wzór, pewnie zostałby milionerem. Czasem miejsce jest świetne, ludzie wkladają w to co robią serce, no ale lokalizacja nie zagra, albo krwiopijcy podwoją czynsz – wtedy żal za utraconym rajem jest ogromny.
Dlatego jestem wdzięczna wszystkim czynnikom, że prawie trzy lata utrzymujemy sie na powierzchni.
Mam nadzieje, że dzisiejszy lancz będzie jednym z takich czynników, które nas nie zatopią, ale jeszcze pozwolą trochę podryfować. Sami oceńcie:
– harira – marokańska treściwa zupa z ciecierzycy i dwóch rodzajów soczewicy, z korzennymi przyprawami, kolendrą i pietruszką, lekko pikantna
– około cztery porcje kremu z groszku
– kus kus z warzywami – fasolką szparagową, kalafiorami i brokułami, do tego suszone pomidory, prażone pestki dykpni i słonecznika, feta i świeża bazylia
– tarta z zielonymi oliwkami, pikantnym salami, pomidorem malinowym i mozzarellą

– dwa kawałki tarty z porchetttą, serem fontal, duszoną w winie cukinią i czarnuszką
– tarta słodka z białej czekolady z kardamonem, polana sosem malinowym.