20 lipca 2017

  
Kupiliśmy kotom takiego mniejszego drapaka, żeby umilić im życie. Pierwszy egzemplarz był niekompletny i trzeba go było zwrócić. Jako że wiozłam pudło na bagażniku, była to dla mnie spora upierdliwość. Żeby pakunek nie spadł musiałam rozwijać szaleńczą prędkość około 10 km/h i miałam przedsmak swojej emerytury. No ale grzecznie odwiozłam, wymieniłam i przywiozłam. Małżonek skręcił i tu zaczął się nasz dramat. Otóż kocice nie zaszczyciły drapaka nawet pobieżnym spojrzeniem. Przywoływałam je, ruszałam kuleczką na gumce dołączoną do zestawu, ale niewiele to dało. Kuleczka wzbudziła niejakie zainteresanie, ale kiedy przestałam nią ruszać wróciły na swoje strategiczne pozycje. Próbuję sobie wyobrazić co dzieje się w ich główkach:
– Ty, ale serio?!? Ja mam sie w tym bawić? JA? Do tego za małego badziewia wchodzić?
– Trochę „Państwo” przegięło, hehe. Kupili jakieś dziadostwo dla gówniarzy i chcą żebyśmy im były wdzięczne. Tiaaa… I jeszcze nawołują namolnie. Trzeba było nas spytać. Ja wybrałabym jogurt owocowy.
– No, a ja wolałabym jakiejś wołowiny pojeść. ŻENADA. Niech sobie takie kupią i się tam zainstalują, hłe hłe hłe.
Tak to właśnie widzę Moi Państwo. I mam silne przeczucie co do trafności swoich spostrzeżeń. Dlatego podkulam kość ogonową i idę do kuchni by zająć się tym, w czym czuję się pewniej. Właściwie to już byłam w tej kuchni od bladego świtu i wraz z małżonkiem przygotowaliśmy dla Was:
– krem z groszku z jogurtem i ziołami
– chili con carne z mielonej wołowiny z papryką, fasolą, świeżą kolendrą i kuminem, podane ze zgrillowaną tortillą pszenną
– zupę florencką z fasoli z jarmużem i grzankami (to wczoraj)
– tartę wytrawną z pieczonym bakłażanem, serem ricotta, pestkami dyni, serem pecorino romano i bułgarską czubricą, lekko pikantną
– tartę cytrynową z bezą.