22 sierpnia 2017

  
Bylam ostatnio w księgarni po plecak. Nie jest to takie dziwne – w końcu rok szkolny się zbliża, trzeba kupić przybory i książki, to dlaczego nie plecak. Stojąc i cierpliwie czekając aż pani wbije wszystkie dane do systemu, patrzyłam na grzbiety książek nad jej głową. I pomyślałam, że towar pod tytułem „Książka” bardzo się zdewaluował w dzisiejszych czasach. Bo naprawdę teraz pisze każdy, wydaje każdy. Własna książka w dorobku to must have każdego polskiego celebryty. W dobie mediów spolecznościowych, zwłaszcza Instagrama, mamy do czynienia z papierowymi wersjami jakichś sieciowych dziwot z innych internetów. Tyle że dla mnie to inne internety, a oni mają milion followersów na Insta i rząd dusz. Ja też czasami słyszę, że powinnam coś tam wydać bo nieźle piszę. No to spróbujmy razem prześledzić losy takiej mojej potencjalnej książki. Po pierwsze wydaję sama, bo nie jestem tworem atrakcyjnym medialnie. No, może jakieś wydawnictewko bez funduszy na promocję się zlituje. Na Insta nie siedzę bo mnie zwyczajnie nudzi, więc ciężko mi będzie tam zamieszkać na czas promocji. Znajomość kilku osób w świecie wydawniczym i w mediach nie gwarantuje absolutnie żadnego piaru, bo liczy się pieniądz. Żeby podbić sprzedaż trzeba by było wykminić jakiś skandal i przebojem wbić się na ściankę – wtedy może byłby sukces wydawniczy. Jako że życie trzecio-, drugo- a nawet pierwszorzędowego celebryty mię nie nęci, ten sposób też odpada. Więc wychodzi sobie książczyna z felietonami, do tego kilka przepisów. Jest w taniej księgarni na najwyższej półce w dwóch egzemplarzach. Po miesiącu ląduje w taniej książce na Grodzkiej a i to nie wiadomo. Summa summarum znika bez echa, ja z małżonkiem mamy do spłacenia długi zaciągnięte na wydanie wolumenu. Podkulamy ogony i skupiamy się na karmieniu okołomogilskiej ludności. Ale za to potem w notce biograficznej można napisać że się książkę wydało.
Znajomy z ogólniaka zresztą wydał własnym sumptem tuż po skończeniu szkoły dzieło pod tytułem „Młodość jak nowotwór”. Była dostępna w księgarni w naszym mieście. Przekartkowałam – znajomy opisywał tam swoje dwudziestoletnie przenudne życie chłopaka z dość zamożnego domu i wymieniał alfabetycznie kolegów z klasy i przyjaciół. I to była jaskółka tej mizerii, która jest teraz na księgarskim rynku.
Na szczęście jest też mnóstwo wartościowej prozy i to jest znakomita wiadomość. Żebym jeszcze miała więcej czasu na czytanie….
Po przydługim wstępie zgłodnieliście zapewne, także tego:
– botwinka z jogurtem i zieleniną (na ciepło – tak tylko przypominam)
– quesadillas, czyli grillowana tortilla z serem, cukinią, szynką, kukurydzą, sosem majonezowo-jogurtowym z papryką chipotle; w charakterze dodatku występuje do niej roszponka z winegretem miodowo-musztardowym
– pięć kawałków lasagne z grillowaną cukinią, boczkiem i mozzarella, polane sosem pomidorowym z czerwonym winem, kaparami i oliwkami
– jeden kawałek tarty z dynią hokkaido, grana padano, pomidorkami i pestkami dyni
– tarta z bakłażanem, fetą, pomidorkami, papryczką peperoni i odrobiną oliwy truflowej
– ciasto marchewkowe z prażonymi orzechami i kremem waniliowym.