12 września 2017

  Wracałam wczoraj z jazdy na tylnym siedzeniu z dziewczyną, która ma od piętnastu lat prawo jazdy, ale nie korzysta. Dlatego wykupiła dodatkowe lekcje, żeby pewniej poczuć się za kółkiem. Czyli ten klasyczny przypadek, kiedy zdaje się kurs w wieku osiemnastu lat w liceum, a potem porzuca dokument gdzieś w szufladzie z bardzo wielu rożnych powodów. To przeważnie kobiety są owymi porzucaczkami, albo na przykład jeżdżą, ale ciągle tą samą trasą, albo bez skręcania w lewo (te dwa ostatnie przykłady podała mi dwudziestoczteroletnia siostrzenica, która ma takie młode dziewczyny w swoim otoczeniu). Ta kursantka, a raczej uzupełniaczka doświadczenia, jechała podobnie do mnie, ale jedno jej musze oddać – nie boi się dziewczyna dodawać gazu. Ja się jeszcze ślimaczę, niepewnie wciskam ten pedał, ale widzę że trzeba działać prężniej. Zresztą co i raz słyszę od instruktora, o swojej powolności w kwestiach gazowniczych, ale nie jest dla mnie jakoś bardzo surowy – często opowiada mi kucharskie historyjki, bo on też pracował „w branży”, więc jest to dodatkowa nić porozumienia. Plan na koniec tygodnia to więc dopracowanie przyspieszenia. A plan na dziś już prawie zrealizowany, jeszcze kilka drobnych rzeczy do przygotowania. W krótkim zarysie dzisiejszy plan wygląda następująco:
– krem z dyni z mleczkiem kokosowym, imbirem, limonką, cynamonem i liśćmi kaffiru
– chili con carne z wołowiny z papryką, czerwoną fasolą, kolendrą i kwaśną śmietaną, podawane z grillowaną tortillą
– tarta z duszoną w winie cukinią, suszonymi pomidorami i serem bałkańskim
– włoska krucha sbriciolata z wiśniami i ricottą.