20 września 2017

  Mam kilka takich zapachów perfum, które najpierw uwielbiałam, ale stopniowo mi brzydły. Są to zapachy bardzo charakterystyczne, raczej ciężko je pomylić z innymi, ale przez swoją nietypowość właśnie stały się dla mnie nieznośne w okolicach jednej czwartej flakonu. Jednym z nich, dawno temu był „Eternity”, który wyczułam na koleżance z pracy i straciłam dla niego głowę. Ilekroć teraz gdzieś go wyczuwam nie mogę go ścierpieć, wręcz mnie odrzuca. W ogóle uważam że obecność intensywnych perfum w przestrzeni publicznej to kwestia dyskusyjna i bardzo delikatna. Ogon nieznośnego zapachu, który ciągnie się za nosicielką/nosicielem, potrafi być równie uciażliwy co papierosowy dym dla byłego palacza, który skutecznie wygrał z nałogiem (a taki jest większym ortodoksem niż nigdy nie palący). Zwłaszcza ciężkie orientalne nuty z samego rana – żadna Saba nie powinna chodzić tą drogą.
Ja do pracy perfum nie używam bo i po co – zmieszałyby się z wonią zupy i rubena i mogłyby stworzyć jakąś szatańską mieszankę. Pewnie dlatego jak już coś zakupię to nie mogę skończyć przez dwa lata – muszę rozważyć zapisanie się na forum, gdzie sprytne panie handlują odlewkami, dzięki czemu mogą mieć wiele zapachów, na które nie wydadzą od razu fortuny.
Jak do nas dziś wejdziecie, poczujecie piękny zapach tajskiej wołowiny massaman, z którym żadna perfuma nie wygra, nawet francuska. Ale może po kolei:
– krem z soczewicy i pomidorów na marokańską modłę z kminkiem, kurkumą i ziarnami kolendry
– tajska wołowina massaman multiskładnikowa, zawierająca m. in. mleczko kokosowe, pomidory, trawę cytrynowa, cukier dark muscovado, sos rybny i ziemniaki, a to wszystko podane z ryżem basmati i posypane świeżą kolendrą
– tarta z pieczoną papryką, ostrym salami z Kalabrii, serami gruyère i fontalem
– dwa kawałki tarty z bakłażanem, pomidorkami, fetą i bazylią
– brownie z sosem karmelowym.