5 października 2017

  
W związku z moim kursem na prawo jazdy, a mężowskim z perspektywie, pojawił się w naszym stadle nieśmiało temat samochodów (chociaż korki w tym tygodniu skutecznie zniechęcają do poruszania się autem po ulicach Krakowa). Małżonek zaznajomił mnie z powszechnie panującą opinią na temat niekupowania trzech „F”, czyli Francuza, Fiata i Forda (a co z Ferrari, ja się pytam?!?). Nie wiem ile jest w niej prawdy, bo samochody o tych efowych parametrach zapełniają wręcz nasze ulice. Wczoraj też coś mówił na temat Francuzów, ale zbiłam jego argumentację dwukrotnie. Skoro podobno Francuzi mają kiepskie fabryki i po dziadowsku składają te swoje samochodziki, to dlaczego w takim razie planuje zakup roweru w Decathlonie, skoro i on jest francuski? Nie boi się dziadostwa? To raz. A dwa, kiedy wieczorem poleciał Daft Punk i mąż rozrzewnił się, jak to oni mają wspaniale wyprodukowaną muzykę, znowu wtrąciłam swoje argumenty. Że jednak ci Francuzi potrafią coś pierwszorzędnie wyprodukować. Więc może jednak nie jest tak źle z ich motoryzacją. Chociaż ja, jako Antywanda, wolałabym Niemca.
A u nas zamiast Niemca jest Marokanka i Włoszka – łączy je współdzielenie basenu Morza Śródziemnego. Ale po kolei:
– marokańska zupa z ciecierzycy i fasoli z koprem włoskim, kurkumą, świeżym szpinakiem
– penne alla puttanesca czyli makaron z sosem z oliwek, kaparów, pomidorów, oliwy, posypane natką pietruszki i serem grana padano
– kilka porcji chili con carne
– tarta wytrawna ze szpinakiem, gorgonzolą i ricottą
– tarta z kremem czekoladowym z brandy i malinami
– ciasto marchewkowe z prażonymi orzechami i kremem waniliowym.