11 października 2017

  Bycie ekstremalnie poranną klientką na bazarze pod Halą Targową daje m kilka przywilejów. Po pierwsze – jest mnogość towaru. Po drugie – jako że praktycznie nie ma jeszcze innych kupujących, daje mi to możliwość stworzenia ze sprzedającymi więzi, co byłoby niemożliwe w normalnych godzinach, przy dużej liczbie kupujących. Po trzecie, towar jest świeżutki, prosto z pola albo z Rybitw, więc można sobie wybrać najbardziej wypasione sztuki. Po czwarte – mogę sobie spokojnie podpatrywać wczesnoporanne życie tej małej społeczności PodHala, obserwować ich wzajemne stosunki, sympatie i antypatie. Rano słuchają albo radia, albo płyt z disco polo (ale z płytami trzeba ostrożnie, bo giną – raczej przez nieuwagę i w ogólnym zamieszaniu, niż podbierane przez kogoś z premedytacją). Czasem widzę jak robią sobie na złość, jak się przekomarzają, albo żartują z siebie. Omijam szerokim łukiem dziada-erotomana, którego wachlarz skojarzeń ze sfera seksualną po prostu się nie kończy i zamienia we wstęgę Moebiusa. Zawsze wtedy myślę, że odpowiadać ze śmiechem na zaczepki na bazarku to jedno, ale mieć takiego szefa to byłby prawdziwy dramat. Dlatego zapobiegawczo postanowiłam nie mieć szefa. A po owoce i warzywa chodzę do „swoich” państwa, którzy poratują kreską, jeśli wzięłam za mało gotówki i zawsze mają dla mnie ciepłe słowo.
Was mogę poratować wałówką, jeśli nie macie swojej. Dziś na przykład ratunek jest taki:
– krem szpinakowy zagęszczony ryżem jaśminowym
– gnocchi z pesto, pieczoną dynią hokkaido i pomidorkami cherry
– tarta z pieczonym bakłażanem, fetą i speckiem
– sernik nowojorski z sosem malinowym.