Nowy Bufet

NOWY BUFET
UL. MOGILSKA 15A
TELEFON 12 346 17 49
PN–PT 10.00–16.00

2020-07-21 10:29:18

Wiecie, gdzie polecieliśmy pierwszy raz samolotem? Był to króciutki lot Warszawa-Wilno, liniami AirBaltica, takim małym samolocikiem. Na pokładzie oprócz obsługi i nas, było jeszcze może z dziesięciu pasażerów – nie dziwota, że AirBaltica zrezygnowała z tej trasy. W samolocie śmierdziało jak w klatce chomika – do dziś nie wiem skąd się tam wziął ten niepasujący do pokładu samolotu zapach. Pierwszy lot był w zasadzie rozgrzewką, bo z Warszawy do Wilna jest niecałe pięćset kilometrów (Google Maps informuje mnie, że potrzeba trzech dni i czternastu godzin marszu, żeby przejść tę trasę; czasu rowerowego nie podaje). Samolot w zasadzie dopiero się rozpędził i już za chwilę lądował. Jeśli uważacie, że lotnisko w Balicach jest małe to znaczy że nie byliście na lotnisku wileńskim. Przypominało ono bardziej dworzec autobusowy. Nie wiem jak to teraz wygląda, być może terminal rozbudowano – w końcu byliśmy tam ponad 15 lat temu. Teraz za takie kilkusetkilometrowe loty można zasłużyć sobie na lincz za ślad węglowy – oczywiście najgłośniej będą wyrażać swoje zdanie ci, którzy już zdążyli przelatać dziesiątki tysięcy kilometrów i wszystkie kontynenty. Ale jest w tym jakaś prawidłowość, że neofici w każdej dziedzinie są w prostej linii spadkobiercami Hiszpańskiej Inkwizycji ("Nobody expects the Spanish Inquisition"). Na swoje usprawiedliwienie mam twarde dane – moja liczba lotów samolotowych to jedenaście. Tak, tak – w walce na ślady węglowe jestem na wysokiej pozycji i dysponuję dwoma nagimi mieczami jedenastu lotów – wszystkie po Europie. Najbardziej, najwięcej i najchętniej podróżowałam w swoim życiu pociągami. Pociągami, które lubię, szanuję i to w nich podroż jest najbardziej komfortowa. Przynajmniej odkąd zniesiono obowiązek służby wojskowej i hordy pijanych już cywilów nie wracają tłumnie pociągami. A wracali stadami, w żółtych chustach z pomponami, napisami i rysunkami gołych bab. I biada dwudziestoletniej dziewczynie, jadącej nocnym pospiesznym z Ciechanowa do Krakowa, która spotkała ich na swej drodze. I już nawet nie chodzi o #metoo – większym problemem było wykręcenie się od spożycia wódki prosto z butelki i kompania wesołych wolnych ludzi przez siedem godzin. Aż chce mi się rozkleić nad tamtą dziewczyną, że tyle niebezpieczeństw czyhało w "tamtym" świecie przełomu stuleci. Cóż – najwyraźniej zadziałała maksyma, że "co nas nie zabije to nas wzmocni", bo rzeczywiście obecnie czuję się mocna i silna. I z tą mocą i siłą przystępowałam do codziennej porannej przygotówki, byście w okolicach poranno – przedpołudniowych dostali swoją zupę, lancz, tartę i deser – oczywiście przy czynnym współudziale małżonka, bez którego nic by się nie odbyło. Oto propozycje:
– minestrone
– toskańska zupa pomidorowa
– quesadillas – grillowana tortilla z serem, szynka, kukurydzą i cukinią, z sosem jogurtowo-majonezowym z wędzoną ostrą papryką chipotle i roszponką z winegretem
– tarta z pieczonym kalafiorem, suszonymi pomidorami i serem fontal
– sernik nowojorski z musem malinowym.