10 lutego 2026

Czy jestem zadowolona z wczorajszego seansu? Film ani mi się podobał, ani nie podobał. Nie zobaczyłam go, ponieważ zostałam w domu ze względu na wachlarz migrenowych dolegliwości. Na samą myśl, że zamiast gorącej kąpieli będę siedziała w ciemnej sali gdzie reklamy będą atakowały audiowizualnie i zabrudzą moją przestrzeń hałasem i migającymi obrazami, czułam się jeszcze gorzej. Ola wysłała mi wieczorem wiadomość, że to film zupełnie nie na globusowe boleści, podobał się jej, chociaż wychodzi z kina zdenerwowana (to eufemizm).
Jest to o tyle zabawne, że nie byłam już w kinie kilka miesięcy i postanowiłam to przełamać. Kupiłam bilet, trochę zatrwożona jego poniedziałkową ceną 34,90, ale pomyślałam że trzeba wrócić na salę kinową i się szarpnąć. No i wiecie – bilet się zmarnował a ja zostałam z niczym – ani filmu, ani kasy. Drugi raz na ten sam film się raczej nie wybiorę – siedem dych to jednak too much. I tak jak w tym dowcipie – niesmak pozostał. W dowcipie przynajmniej pieniądze się znalazły – a w moim życiu niekoniecznie. Czyli że tradycyjnie poczekam na streamingi.
I będę odtąd kupować bilety tuż przed seansem.
To wszystko nadaję dla Was w trudnych warunkach atmosferycznych, bo w gęstej mgle mózgowej. Pozwólcie wiec, że napisze Wam menu i oddam się krzepiącej czynności spożywania drugiego śniadania.
Oto menu:

  • krem kalafiorowy z olejem i prażonymi pestkami dyni
  • tajska wołowina massaman w mleczku kokosowym, z ziemniakami, orzeszkami ziemnymi, koelndrą i ryżem basmati
  • tagliatelle alla putanesca w sosie z oliwek, kaparów i pomidorów, posypane grana padano i pietruszką
  • tarta z bakłażanem, serem lazur, pomidorkami i orzechami włoskimi.