12 maja 2026

No i zostałam zaczadzona Rzymem. Jeszcze chwilę będę przeżywać, ale jak można nie przeżywać pierwszej tam wizyty? Jak nie docenić tych tysięcy lat historii, dosłownie i w przenośni nawarstwionej na sobie? Tych pięknych mostów na Tybrze?
Ale jeśli miałabym wybrać, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to odpowiedź jest jasna i jedyna. To rzymskie fora alias kupa kamieni, jak niektórzy się o nich bez szacunku wyrażają. Spacerując wśród tych pojedynczych kamieni, niepełnych łuków, pojedynczych kolumn albo prawie całych świątyń, człowiek dosłownie czuje tamte czasy. Można sobie doskonale wyobrazić, jak wyglądało wtedy życie, a jeśli się zdobyło przedtem trochę wiedzy, to proces jest dużo łatwiejszy. Te pozostałości budowli stoją tuż obok siebie – to daje nam obraz, jak ścisła była zabudowa w starożytnym Rzymie.
Jest tam po prostu magicznie i długa kolejka do wejścia jest tylko mierną, nic nie znaczącą niedogodnością, która nie powinna nikogo zniechęcać. Poza tym wszyscy mają bilety i idzie to niezwykle sprawnie.
Poza tym – Rzym jest miastem skrojonym na ludzką miarę. Wszędzie można sobie dojść spacerkiem, nie ma wielkich mostów, a Tybr ma gabaryty Wisły na wysokości Krakowa. Bardziej monumentalny wydał mi się Budapeszt po stronie Pesztu, bo są tam wielkie kamienice, a Dunaj to wrażenie potęguje, bo jest wielkim żywiołem, przed którym człowieczek czuje respekt.
Przypomniałam sobie, że widziałam na Placu Argentyńskim stanowisko archeologiczne z miejscem, gdzie Brutus dokonał swego dzieła. Aż nie chce się wierzyć, że historycy i archeologowie znają dokładnie miejsce zadźgania Cezara! W takich okolicznościach Gajusz Juliusz nabiera cech bardziej ludzkich – nie jest tylko nieosiągalnym cesarzem z kart historii, czy postacią z książek i serialu “Rzym”.
Wchodziłyśmy do przypadkowych kościołów i ilosc i mnogość kolorów przyprawiały o zawrót głowy. W San Antonio dei Portoghesi niektóre części mozaikowej posadzki zrobione były z ciemnoczerwonego marmuru, przecinanego ciemnymi plamami. Moja się siostra Basia nazwała je “salcesony”. I zgadnijcie, jak już do końca pobytu nazywałyśmy marmury? No.
Z jedzeniem było różnie – trippa Romana, czyli tamtejsze flaczki, zamówione przeze mnie i siostrę Ewę nie spełniły oczekiwań, pozostały niedojedzone i pozostawiły w nas niesmak. Pesto w moim makaronie z vongolami było kupne – wciąż niezłe, ale nikt go nie przygotowywał o poranku. Najwspanialsze były karczochy po żydowsku – maj to akurat sezon na nie, polecam wam z całego serca – my jadłyśmy na Zatybrzu pyszne, zapijając Lambrusco.
Z kolejnych wspaniałości, ale takich przyziemnych – to że co chwila są fontanette z kapiącą ciągle wodą, którą można sobie nabrać do butelki – to jest bardzo humanitarne rozwiazanie. I chwała Rzymianom za to.
Co do inspiracji kulinarnych – nie można ich z przenieść do Nowego Bufetu z różnych względów. Ani carbonara, ani cacio&pepe u nas nie wyjdą, bo każdą porcje robi się od strzała – to dania restauracyjne. Flaczki pominę litościwym milczeniem, a co do karczochów – poszukajcie ich w drogich restauracjach, może tam będą.
Zawarłam w tym wpisie chyba większość tego co chciałam. Teraz bezpiecznie mogę się udać w stronę dzisiejszego menu:

  • minestrone – włoska zupa warzywna, dziś podawana z zieloną soczewicą
  • gnocchi z sosem z gorgonzoli, suszonymi pomidorami i rukolą
  • tarta szparagowa z fetą i pestkami słonecznika.