15 kwietnia 2026

Jechałam w weekend na rollercoasterze. Bo jak inaczej nazwać podróż w tę i z powrotem z przesiadką, na którą ma się tylko dziesięć minut? Emocje zapewne dorównywały tym przy skoku na bungee, albo ze spadochronem. Przecież nie od dziś wiadomo jak to się może skończyć.
Rzeczywiście powrót zafundował mi wysokie tony, bo mój pierwszy pociąć przyjechał z opóźnienie dziesięć minut. A na przesiadkę jedenaście. Do samej Warszawy jechałam jak na szpilkach, informując oczywiście kierownika pociągu o planowanej przesiadce. Koniec końców opóźnienie się zmniejszyło po drodze i ostatecznie mając całe pięć minut na Wschodniej pomaszerowałam raźno na właściwy peron, żeby spocząć i i przestać się stresować.
Co ciekawe – miesiąc temu ekspres, którym jechałam do Warszawy o tej samej godzinie, był ekspresem tylko z nazwy. W wagonie bezprzedzialowym na oparciach siedzeń nie było rozkładanych stolików, a gniazdko elektryczne było jedno na cały pociąg – i to niedziałające. Warsa też nie uświadczyłam. A teraz – wszystkie bajery były na swoim miejscu. Może to ze względu na konkurencyjnego Regio Jeta – który w międzyczasie zwinął się z naszych torów. To niedobrze, bo mam obawę, że to kontrolowane dziadostwo powróci, skoro nie ma już z kim konkurować.
Zobaczymy. Tym razem nie miałam się do czego przyczepić.
A przechodząc do meritum – mamy dla Ws dwa lancze i dwie zupy. Oto propozycje:
- krem z pieczonego kalafiora z czosnkiem niedźwiedzim
- turecka zupa z dyni i soczewicy, z kuminem i miętą – pięć porcji
- chili con carne z mielonej wołowiny, z czerwoną fasolą i papryką, podawane z grillowaną tortillą, śmietaną i kolendrą
- butter chicken z ryżem basmati i kolendrą
- tarta ze szpinakiem, fetą i prażonymi migdałami.