Nowy Bufet

NOWY BUFET
UL. MOGILSKA 15A
TELEFON 12 346 17 49
PN–PT 10.00–15.00

12 lipca 2021

Już w okolicach godziny 14:00 w piątek wiedziałam, że moja i siostry podróż do Ciechanowa będzie jedną z TYCH podróży. Gdy jedziemy gdzieś tandemem, zwykle przytrafiają nam się TE historie. Na swój sposób jesteśmy już więc zahartowane i przyjmujemy dary losu – już nawet nie ze stoickim spokojem, ale parskając śmiechem.
W pociągu TLK Małopolska miałyśmy miejsca zupełnie gdzie indziej, bo ja swoim zwyczajem kupiłam bilet miesiąc wcześniej, w wagonie bezprzedziałowym, a Ewa kilka dni przed terminem – gdzieś w ogonie, w ośmioosobowy przedziale. Byłam niemal pewna, że w środku drogi staniemy w szczerym polu, bo po pierwsze – to się nam już zdarzało, a po drugie – były takie burze, że musiało się coś zwalić/zepsuć na magistrali. Oczywiście tak się stało. Pod Tomaszowem Mazowieckim pociąg nagle stanął a konduktor z głośnika oznajmił, że czeka nas jakieś sto minut czekania – a był to już chyba trzeci postój. Miałam obwarzanki dla rodziny, ale Ewa była głodna, więc postanowiłam jej zanieść. I rozpoczęłam wędrówkę z czoła pociągu na koniec, a wędrówka owa przypominała mi bardzo wizję z filmu „Snowpiercer” – o pociągu, który nieustannie jeździ dookoła ziemi, a wagon za wagonem odzwierciedla hierarchie w społeczeństwie. Mój wagon bezprzedzialowy był spokojny i cichy, wszyscy mieli na twarzach maseczki. Następna była pustawa pierwsza klasa – wygodna i lekko smutna. A dalej? A dalej się zaczęło. Coraz więcej ludzi na korytarzach, przy otwartych drzwiach grupki jarają szlugi (palacze pewnie wzdychają z zazdrością), maseczki pochowane. U Ewy w wagonie mnóstwo młodych ludzi jadących nad morze. W przedziałach wódeczka, metaxa, kolka i chipsy. W pewnym momencie wszyscy zaczęli wychodzić z pociągu i imprezka przeniosła się na trawę – na szczęście staliśmy pod lasem, w jakiejś wiosce. Młodzi wyjęli kocyk, wzięli prowiant i wyszynk, zapuścili muzyczkę i hajda w tany (nam też nóżka latała). Tańczyła w zasadzie tylko jedna dziewczyna, która miała już mocno w czubie i była królową balu. Najpierw nieśmiało jeden chłopak poszedł do „łazienki” w krzaki, a potem odrwóconych plecami zaczęło przybywać. W pewnym momencie rozniosła się fama, że niedaleko jest sklep. I niektórzy do sklepu poszli – normalnie, po browary. Konduktor przechodząc wzdłuż pociągu powiedział, że tam we wsi siadło światło, przy sklepie jest agregat, a kolejka jest wielka, bo pół pociągu pobiegło po zakupy. Moja siostra tez postanowiła podskoczyć, żeby uzupełnić braki. Na miejscu okazało się, że kolejka nieziemska, pani sprzedaje na zeszyt, bo bez prądu kasa nie działa, a ludzie zastanawiają się, czy ostatnie 10 złotych wydać na piwo czy na wodę i bułkę. Oczywiście kiedy Ewy nie było to się okazało, że za 12 minut ruszamy. Ja – znana panikara, zaczęłam do niej wydzwaniać. Kiedy odebrała, okazało się że już wie i że cała ferajna zrobiła odwrót ze sklepu i biegnie do pociągu. Konduktor, już lekko poirytowany, zbierał wszystkich do kupy i ponaglał przez głośnik. Ewa nie zdążyła już nic kupić. Na szczęście nikt nie został i w końcu ruszyliśmy. Okazało się, że drzewo zwaliło się na tory i dość długo trwało jego usuwanie. Wyjechaliśmy około 15:30, a na miejscu byłyśmy o północy, zamiast o 20:30.
Ale nam z Ewą było mało i pojechałyśmy jeszcze taksówką „na miasto”, na poślubną imprezę jej przyjaciółki. Nie zagrzałyśmy tam długo miejsca, bo towarzystwo było już na zupełnie innym poziomie odurzenia niż my.
Cóż – to był dłuuugi dzień. W komentarzach wstawię Wam dwa zdjęcia, które zrobiła mi w pociągu Ewa. Jedno to Fałsz, a drugie to Prawda – tak nazwaliśmy ten dyptyk.
A teraz menu:

  • krem z kalafiora
  • cannelloni nadziewane ricottą, szpinakiem i grana padano, zapiekane w sosie rosè
  • tarta z pieczona dynią, suszonymi pomidorami i camembertem
  • sernik nowojorski z musem malinowym.