
Kiedy mieszkam chwilowo na innej dzielni, odzienie jeżdżę do pracy inną trasą niż przez ostatnie prawie jedenaście lat. Przyglądam się dokładnie jak wygląda życie na trasie Lea – Plac Inwalidów – Karmelicka – Szewska – Rynek – Mikołajska – Kopernika – Rondo Mogilskie. Życie w okolicach szóstej rano. I wygląda ono inaczej niż na trasie z Podgórza mostem kolejowym, wzdłuż Wisły, Rogozińskiego, Kordylewskiego, Przy Rondzie i Mogilska na końcu. Kiedy jadę z domu, mijamy nieliczne osoby – dwóch-trzech rowerzystów, że dwóch biegaczy, kilka osób z psami i tyle.
A tutaj? Tu ludzi jest zdecydowanie więcej, idą na tramwaj do pracy, przemieszczają się – po prostu są. Im bliżej Rynku, tym więcej ludzi z kategorii „młodzi wczorajsi”. Idą zdecydowanie wolniej, siedzą na ławkach, siedzą na trotuarze na Szewskiej, gdzie na rogu z Jagiellońską poluje na nich cwany taksówkarz – w zaparkowanym samochodzie czeka aż ktoś na niego skinie. Na pustym słonecznym Rynku pojawiają się już pierwsze dostawczaki. Wjeżdżam w Kopernika z uśmiechem na ustach, układając sobie w głowie powyższy tekst. Jest spokojnie i sielankowo, aż nagle mija mnie śmieciarka, a jej odory wwiercają się do nosa, uszu i oczu i czar poranka trochę pryska. Dojeżdżam, potem pojawię a się małżonek, witamy się i relacjonujemy czas bez siebie. A dalej to już tak samo jak zawsze, ale jednocześnie nigdy nie jest tak samo.
Dziś nie jest tak samo jak wczoraj, jeśli chodzi o lancze. Zostało wprawdzie sześć porcji tażina z kurczaka, ale reszta jest dzisiejsza i prezentuje się tak:
- krem z cukinii z prażonymi pestkami dyni
- cannelloni nadziewane szpinakiem, ricottą i mozzarellą fior di latte, zapiekane w sosie rosè, posypane tartym serem grana padano
- tarta z brokułami, fetą i suszonymi pomidorami.