
“Jedna bitwa po drugiej” za nami – obejrzeliśmy sobie ten film w weekend. Choć trwa dwie godziny czterdzieści trzy minuty, to byłam zdziwiona, kiedy nastąpił koniec – myślałam, że reżyser zaserwuje nam jeszcze ze czterdzieści minut. W zasadzie oprócz filmów o Harrym Potterze i trylogii Tolkiena, taka długość filmów mnie odstrasza i kilku nie obejrzałam ze względu na to, że trwają po trzy godziny. O ile jeszcze w domu można sobie podzielić widowisko na dwa dni, tak w kinie jestem zmuszona wysiedzieć pełny czas na jednak siedzeniu – często średnio wygodnym. Kombinacje, jakie robię wtedy z nogami i tułowiem są przedziwne. Na tak długie filmy powinnam już zakładać podkolanówki uciskowe, żeby zapobiegać zastojowi krwi w żyłach nóg.
Wracając do filmu – jest dobry, chociaż jest na niego taki hype, że spodziewałam się jakiegoś arcydzieła na dziesięć gwiazdek. Tymczasem uważam, że to bardzo dobre widowisko ze świetnym scenariuszem i chyba jeszcze lepszymi rolami, ale umieściłabym go raczej między siódemką a ósemką. Jak sensownie stwierdził Tomasz Raczek – dziesiątki należą się tym filmom, które wnoszą coś nowego do opowiadania historii. Na ten przykład Quentin Tarantino, bracia Cohen czy David Lynch wnieśli swój sposób narracji, który wielu reżyserów kopiuje – mniej lub bardziej udanie. Tutaj widać wyraźne inspiracje tak Quentinem Tarantino jak i braćmi Cohen, no i się człowiek zastanawia, jakby wyglądała “Jedna bitwa po drugiej”, gdyby to Tarantino ją nakręcił. Nie jest to żadna zniechęta, bo film jest naprawdę dobry. Jako satyra na współczesną Amerykę sprawdza się znakomicie. Jest mnóstwo naprawdę śmiesznych momentów, a Leonardo DiCaprio zupełnie traci w tym filmie swoją sprawczości, z którą zwykle jego bohaterów kojarzymy. Ale znowu – to Tarantino pierwszy uczynił z niego ciapę w “Dawno temu w Hollywood”. Pierwszy plan błyszczy aktorsko, ale drugi błyszczy nie mniej. Podobał mi się też pościg samochodowy, którego chyba nikt wcześniej nie przedstawił w takich okolicznościach drogowych.
Chyba – tak jak nasz kolega Radek – obejrzę go jeszcze raz i zobaczę, jak mi wejdzie ten drugi seans.
To tyle na temat kultury filmowej – czas na kulturę jedzenia i jej przejawy w menu Nowego Bufetu. Brzmi to jak tytuł jakiejś pracy analitycznej 😆, a chodzi mi o tylko o to, żeby zaznajomić Was z menu na dziś. Oto ono:
- krem z podpieczonego selera z olejem z pestek dyni
- dwie porcje toskańskiej zupy pomidorowej
- butter chicken z ryżem basmati i kolendrą
- kokosowe curry z dyni, ciecierzycy i batatów, ze szpinakiem, ryżem basmati i orzeszkami ziemnymi
- tarta ze szpinakiem, fetą, mozzarellą fior di latte i pestkami słonecznika.