
Jak to zwykle bywa z podróżami palcem po mapie – podróż wydłuża się i trafia w nieoczywiste rejony. Ja ostatnio trafiłam z Grazu do Zaleszczyk. Pomogła mi w tym wstęga Dunaju, która u ujścia rozlewa się w imponującą deltę. A skoro już trafiłam na pogranicze Rumunii, Mołdawii i Ukrainy, to pomyślałam sobie o przedwojennej granicy Polski z Rumunią i o niesławnym mieście Zaleszczyki na Podolu, gdzie większość rządu przekraczała granicę i uciekała z Polski jeszcze we wrześniu (pociągiem wiał kardynał Hlond, a wpław wydostawał się Melchior Wańkowicz). Czego się dowiedziałam, zgłębiając temat Zaleszczyk? Przede wszystkim tego, że z tym przekraczaniem granicy to nie do końca prawda. Owszem, przekraczali samochodami, ale mostem na Dniestrze w pobliskich Kutach. W Zaleszczykach był tylko most kolejowy. Czyli niesława się nie należy temu ciekawemu miastu. Czemu ciekawemu? Jest położone w jarze w zakolu Dniestru i przed wojną było polskim biegunem ciepła. Ale nie takim jak teraz Tarnów – Zaleszczyki znajdowały się w strefie, w której jest także Afryka Północna. Były kurortem otoczonym z trzech stron Rumunią, która była po drugiej stronie rzeki.
W Zaleszczykach uprawiano morele, brzoskwinie, arbuzy i winorośl, bo miało nachylenie ku południu, a od północy za rzeką był gęsty las. Średnie letnie temperatury oscylowały tam między 25 a 30 stopni w cieniu, a na słońcu nawet powyżej 50, a plaże nad Dniestrem były szerokie i piaszczyste. Do Zaleszczyk dochodziła z Gdyni linia kolejowa, której długość przekraczała 1300 kilometrów. No i to jest naprawdę ciekawe, a w szkole na historii nikt nam o tym nie powiedział.
Teraz czas na menu, bo ruch się powoli zaczyna. Dziś proponujemy:
- harira – marokańska zupa z soczewicy i ciecierzycy
- kokosowe curry z fasolką szparagową, cukinią, bakłażanem, brokułami i szpinakiem, podawane z ryżem basmati
- cztery porcji perskiego kurczaka ze śliwkami, bulgurem i miętą
- tarta z mini pieczarkami, wędzonym boczkiem i serem fontal.