
W starożytnym Rzymie ludzie pracowali trochę mniej niż my teraz – dzień roboczy zamykał się w sześciu godzinach. Ie mówię tu oczywiście o niewolnikach, bo oni traktowani byli jako zasób. Jako że czasu wolnego zostawało całkiem dużo, Rzymianie po pracy wychodzili na miasto. Większość z obywateli mieszkała w kamienicach czynszowych, gdzie warunki były często tak złe, że nam trudno to sobie teraz wyobrazić. Po co więc wracać do obskurnego, małego, śmierdzącego i dusznego mieszkanka, kiedy można się przespacerować na któreś z forów i tam podyskutować i poplotkować z innymi. Hasło „kto nie ma miedzi, ten w domu siedzi” nie obowiązywało. Mało tego – podczas tych spacerów i posiadówki, a także wizyt w termach, można było się przykleić do jakiegoś zamożnego Rzymianina z wyższej warstwy społecznej i załapać się na sponsorowany obiad. A ci bogatsi nie odżegnywali się od takich praktyk, bo dobrze było mieć na mieście dłużników – choćby i winnych przysługę. W odpowiednim czasie sponsor zgłaszał się, żeby odebrać przysługę. I akurat to tworzenie sieci zależności przetrwało w stanie nienaruszonym do naszych czasów – teraz stosują te metodę głównie politycy. No i przecież znamy powiedzonko, że nie ma darmowych lanczy.
U nas też darmowych lanczy nie ma – musicie zaakceptować tę smutną prawdę. Są za to lancze smaczne, uczciwe, z bardzo dobrej jakości składników. I te dzisiejsze też takie są, o czym już Was poniżej informuję:
- minestrone – włoska zupa warzywna
- dwie porcje kremu z soczewicy i marchewki
- gnocchi z ragu bolońskim z mielonej wołowiny i warzyw, podawane z natką pietruszki i serem grana padano
- TRZYNAŚCIE PORCJI quesadillas z serem, szynka, cukinią i kukurydzą, z sosem z wędzoną papryką, plus sałata z winegretem
- tarta z brokułami, fetą i oliwkami liguryjskimi.