7 kwietnia 2026

W ostatni weekend udało mi się zrealizować jedno ze skromnych marzeń. Spędziłam go bowiem z koleżanką w pensjonacie w górach, bycząc się, ale i uskuteczniając intensywne spacery pod górę. Byłyśmy bardzo blisko Krakowa, bo niecałe 50 km, w Beskidzie Wyspowym. Nigdy w życiu nie byłam w Beskidzie Wyspowym i nie wiedziałam, że wygląda jak Hobbiton. Serio – jest tam pięknie – górki w sami raz bo szczyty mają koło tysiąca metrów. Turystów w zasadzie nie ma – owszem, zdarzali się jacyś pojedynczy, lub sparowani na jednym ze szlaków, ale za to na innym nie spotkałyśmy żywego ducha. Natomiast spotkałyśmy sporo sarnich lub jelenich bobków i wylinkę (chyba) z dzika. Jestem wdzięczna mojej towarzyszce, że zaproponowała tę lokalizację, bo naprawdę można tam odpocząć. Właściciel pensjonatu mówił nam, że nawet w sierpniu – w szczycie sezonu – ten szczyt wygląda zupełnie inaczej niż w bardziej turystycznych miejscach. Gdyby w popularnych, obłożonych miejscówkach mieli taki szczyt, to poszliby z torbami.


A jak widzicie na fotografii – miejscową kotka z pensjonatu jest bardzo przyjacielska. Ale głównie, jeśli chodzi o pstrąga na talerzu. Na pewno jest jakoś spokrewniona z naszą Starą, która przejawia szereg tożsamych zachowań.
Kilka zdjęć Wam wrzucam i przechodzę do dzisiejszego menu:

  • krem porowo-ziemniaczany z prażonymi pestkami dyni
  • chili con pavo z indykiem, czerwoną fasolą i papryką, podawane z ryżem parboiled
  • tarta z cukinią, mozzarellą i pomidorkami koktajlowymi.