21 maja 2018

  Rozmawialam w piatek z jednym z naszych stałych bywalców, który zawsze przychodzi z jakąś książką pod pachą, żeby chociaż dwadzieścia minut lanczu poświęcić na czytanie. Rozmawialiśmy o tych wszystkich książkach, których masy wychodzą w Polsce i o tym, że człowiek, choćby bardzo się postaral, to nie przeczyta nawet połowy tego, co przeczytać by pragnął. Nawet taki Krzysztof Warga, który z racji zawodu pisarza ma ponadprzeciętne pokłady czasu na lekturę tego co nowe, oraz powtórną lekturę tego, co wywarło na nim kiedyś ogromne wrażenie, narzeka w felietonach na ogrom nieprzeczytanych książek. Ja tak mniej wiecj od dziesięciu lat bujam się z chęcią ponownego przeczytania „Lalki”, a póki co nie ruszyłam nawet zakupionego przed miesiącem „Sprzedawczyka” Paula Betty, którą to książkę obiecałam pożyczyć owemu bywalcowi, jak tylko skończę. I przyznaję z pewną dozą wstydu, że on zapewne przez ten czas pochłonął już z pięć wolumenów, a ja… Cóż – nie będę się jakoś specjalnie biczować, bo była majowka, pogoda piękna i jakoś nie miałam głowy do czytania, ale jednak coś mnie tam w klatce po lewej kłuje, coś tam uwiera…
Dlatego, żeby wypełnić zobowiązania, ale i dla własnej przyjemności, oraz mnóstwa innych korzyści wynikających z dobrej lektury, postanawiam uroczyście zacząć i skończyć do Bożego Ciała. Wtedy znowu jest długi weekend, znowu opuszczam Kraków, więc okazji raczej wtedy nie będzie.
Tyle o czytanie, reszta będzie o zaspokajaniu głodu – nie czytelniczego – po prostu głodu. Dziś można go zaspokoić następującymi pozycjami, oprócz oczywiście standardowych, stałych pozycji w menu:
– krem pomidorowy z oliwą extra vergine i ziołami
– tajska wołowina massaman z mleczkiem kokosowym i orzeszkami ziemnymi, podawana z ryżem basmati i świeżą kolendrą
– tarta z pieczonym kalafiorem, pomidorami i serem dobbiaco
– czekoladowe brownie z sosem karmelowym.