22 grudnia 2017

  Wprawdzie na pierwsze nie mam Mariusz, na drugie Max, a po ojcu Stanisławie nazywam się Kisielewska a nie Kolonko, ale dziś rano mogę Wam powiedzieć jak jest.
Otóż jest tak: wielka część naszego dumnego i walecznego narodu przeżywa dziś katusze ostatniego dnia w pracy przed Świętami. I to pomimo faktu, że już za chwileczkę , już za momencik będziemy powtarzać jak rzadką sentencję wyświechtany frazes – Święta, Święta i po Świętach. Póki co wyczuwam jeden wielki zbiorowy, ponad podziałami fluid „alemisięniechce!”. Niechęć do roboty osiągnęła apogeum, odliczamy godziny a nawet minuty. U niektórych w związku z tym że stres i adrenalina puszczają, zaczyna się lekki katarek, kaszelek, drapanie w gardle. Niektórzy mają tak dziś dość swojego miejsca pracy, że od rana przewracają oczami, ale żeby nikt ich na tym nie nakrył zamykają oczy. I pod powiekami odbywa się wielka, wielokrotna przewracanka (to autentyk – są takie wypadki). Nas też owe fluidy nie omijają, a smog prawdopodobnie zwiększa ich przenikalność do organizmu. Trochę tam niby z nimi walczymy, ale czuję, że sił wystarczy nam do godziny szesnastej. Nasza dzielność objawiła się w tym, że dziś normalnie jak ludzie przygotowaliśmy dla Was lanczowe dania i deser – ostatnie w tym roku. A sa to:
– krem z dyni z mleczkiem kokosowym, imbirem i limonką
– krem z ciecierzycy i pomidorów (ten akurat przygotowaliśmy wczoraj)
– makaron farfalle ze szpinakiem i gorgonzolą w sosie śmietanowo-winnym, posypany serem grana padano
– tarta z popikantnym salami,,speckiem, pesto, mozzarellą i pomidorkami
– ciasto drożdżowe ze śliwkami, kruszonką i orzechami nerkowca.