22 stycznia 2018

  Dostaliśmy z małżonkiem jeden z najbardziej oryginalnych prezentów w życiu. W weekend odwiedziła nas bliska kumpela, absolwentka farmacji, która przywiozła nam własnoręcznie zrobione mydła. Odwinęła z papieru trzy kostki – lawendową, oliwną i z aktywnym węglem. Wyglądają przepięknie, pachną równie dobrze, ale na oliwną i węglową musimy jeszcze z miesiąc poczekać, bo są świeżo zrobione i ich użycie grozi poparzeniem. Tak przynajmniej nas ostrzegała, a ja nie zamierzam sprawdzać na własnej skórze czy nie przesadza. To mi przypomniało czasy liceum i imienne, jedyne w swoim rodzaju prezenty, jakie sobie robiliśmy. Jednemu koledze na ten przykład przyrządziłyśmy pudełko pełne dup (ja miałam w akcie niewielki udział, bo moje zdolności manualne są tak nikłe, że aż przysłowiowe, partycypowałam bardziej w układaniu wierszyka dołączonego do prezentu). Dostał w pudełku po sześciu bombkach z podziałką sześć pięknych tyłeczków, zrobionych z waty owiniętej rajstopą i z przedziałkiem z nitki pośrodku. Każda była inna – jedna miała czapkę Mikołaja, druga wąsy, trzecia czerwone kolorki itp. Kolega do dziś wspomina ten prezent z rozrzewnieniem, a ja twierdzę, że był to absolutny szczyt naszej młodzieńczej kreatywności – no, może dorzuciwszy jeszcze zeszyt z kabaretiodalnymi wierszami.
Widzicie więc, jaką długą droge przeszłam – od pończoszanych dup w pudełku po Nowy Bufet. Każdy jakoś zaczynał…
Zmieniając temat (bo ciężko zrobić płynne przejście), zaprezentuję Wam poniżej dzisiejsze nasze propozycje lanczowe:
– krem z cukinii z grzankami
– butter chicken czyli kawałki piersi kurczaka, marynowane cała dobę w jogurcie, w sosie z pomidorów i mieszanki przypraw garam masala, podawany z ryżem basmati i świeżą kolendrą
– tarta z burakami, kozim serem i pomidorkami
– sernik nowojorski z musem malinowym.