5 grudnia 2018

  
Miałam napisać jeszcze, gdzie to nas rzucił los w poprzednim tygodniu. Poszliśmy na obiad z naszym starym przyjacielem, jeszcze z czasów studenckich. Obiad okazał się niewypałem i raczej prędko nie wrócę do owego przybytku (którego nazwę i adres zbędę milczeniem, bo nie piszę tu negatywnych recenzji krakowskich lokali – jest wystarczająco dużo recenzentów w sieci, a może nawet za dużo), ale dalsza część popołudnia zrekompensowała nam średniej jakości posiłek. Nasz przyjaciel robi w dziennikarce, a tak się złożyło, że w tym roku jego robotę docenili krakowscy studenci, nominując go w jednej kategorii do swojej nagrody dla dziennikarzy. Po obiedzie zaproponował nam, żebyśmy mu towarzyszyli na gali, podczas rozdania nagród. Skwapliwie skorzystaliśmy z propozycji – taka gratka nie zdarza się co dzień. Nie można marnować okazji, zwłaszcza że „będziesz miała o czym pisać”. Wprawdzie nie bardzo wyjściowi – bo oboje sweterki i dżinsy, ale nie wyglądaliśmy też jak ostatnie dziady – w końcu do restauracji wcześniej się umówiliśmy.
Bardzo nam się na gali podobało, ponieważ przyjaciela przyjmowano z wszystkimi honorami, a na nas – maluczkich – kapało trochę tego splendoru. Wyszliśmy sobie bezprawnie i oszukańczo na salę wraz z nominowanymi, i wraz z nimi zostaliśmy powitani owacjami, które absolutnie nie były dla nas. Gala trwała aż 2,5 godziny, ale studenci przygotowali ją bardzo profesjonalnie – z każdym zwycięzcą przeprowadzali krótkie, rzeczowe wywiady. Jedynym mankamentem były nieśmieszne dowcipy konferansjerów, ale przecież konferansjerka to jest temat, który leży w dziewięćdziesięciu procentach przypadków. Kto zaś nie docenia inteligentnego i zabawnego prowadzącego, ten niech sam spróbuje kiedyś okiełznać i rozbawić publikę. Po gali rozdania Mediatorów skapnęło nam jeszcze trochę wina i wyrobów garmażeryjnych kateringu, ale zwinęliśmy się do domu, bo w końcu to nie nasze środowisko, znaliśmy dwie osoby, a nie mamy jakiegoś szczególnego parcia na grzanie się w blasku mniej lub bardziej znanych osób. Pożegnaliśmy się grzecznie i pognaliśmy do domu, nakarmić koty.
Koty kotami, ale Was przecież też nakarmić trzeba. Karmiący przygotowali dla Was na dziś taki oto zestaw:
– krem z selera z gorgonzolą
– ribollita – zostało jeszcze kilka porcji z wczoraj – dziś będzie prawdziwa „ribollitą”, taką z definicji, bo zaraz ja zagotuję drugi raz
– kokosowe curry z ciecierzycy i kalafiora, ze szpinakiem i ryżem basmati
– tarta z pieczoną papryką, wędzoną pancettą, ostrym salami i fetą
– trzy kawałki tarty z pieczonym kalafiorem, pesto, pomidorami suszonymi i grana padano
– korzenne ciasto marchewkowe z kremem waniliowym.