Nowy Bufet

NOWY BUFET
UL. MOGILSKA 15A
TELEFON 12 346 17 49
PN–PT 10.00–16.00

13 lutego 2019

  
Jak co weekend kupiliśmy świąteczne wydanie gazety. W środku, w dodatku krakowskim tylko trzy kartki do czytania. Cztery czy pieć krótkich artykułów, które wcale nie wywołały w nas świętego oburzenia w stylu: „No to już przesada! Ta ilość treści jest śmiesznie mała!” Było zgoła odwrotnie – zobaczyliśmy te kilka artykułów i zaczęliśmy się zastanawiać, ile właściwie ci lokalni dziennikarze zarabiają? Było to w zasadzie pytanie retorycznie, bo trochę się orientujemy, jak wyglądają zarobki „czwartej władzy”. Uwierzcie mi – wyglądają bardziej niż mizernie, nie lepiej sprawa ma się z fotoreporterami.
Niespodziewanie, w niedzielny poranek, w sukurs naszym rozważaniom przyszedł Grzegorz Sroczyński. Do swojej audycji „Świat się chwieje” zaprosił dwójkę dziennikarzy, którzy dokładnie opowiedzieli mu, jak wygląda sytuacja. Przy czym Filip Springer – jedn z zaproszonych gości – jest w dużo lepszej sytuacji niż znakomita większość jego kolegów po fachu, bo jest rozpoznawalny, pisze książki. Dziennikarka zaproszona do studia mowiła, że jej zarobki oscylują między 1200 złotych miesięcznie (wtedy nierzadko prosi rodziców o finansowe wsparcie) a 4000 złotych (to jest na bogato, górna granica). Że nie dostają z redakcji odpowiedzi na maile, że wysyłają tekst i nie wiedzą czy i kiedy się ukaże. Że czekają na pieniądze. Sami, z własnego podwórka znamy przykłady dziennikarzy zatrudnionych u rodziny na część etatu, żeby szło na emeryturę, a cale życie pracujących na śmieciowkach. Zresztą Springer śmiał się, że najczęściej o problemach pracowników, o śmieciowych umowach, piszą dziennikarze bez stosunku pracy. Wspominał także złote czasy Małgorzaty Szejnert w magazynie reporterów Gazety Wyborczej, która zbierała reporterów i mówiła: „Słuchajcie, ruszajcie w teren, bo za dwa tygodnie otwiera się w Polsce Ikea i wszystko się zmieni. Za chwilę mieszkanie przeciętnego Polaka będzie zupełnie inaczej wyglądać”. I oni szli, bo mieli środki i mieli czas, żeby to wszystko dokładnie udokumentować.
Smutne to jest niezwykle, a skutki tej pauperyzacji i niepewnej sytuacji dziennikarzy i fotoreporterów odczujemy wszyscy. Bo coraz mniej ludzi będzie chciało ten zawód uprawiać.
Nie znalazłam godnego łącznika, więc od razu z grubej rury oznajmiam wszystkim, co dziś na lancz:
– krem z kalafiorów/meksykańska zupa kukurydziana
– chili con carne
– tarta z pieczoną dynią, kozim serem i pomidorami
– brownie z sosem karmelowym.