
Filmy ulubione bardzo nie są tożsame z filmami najlepszymi. A często jest nawet tak, że te z listy – dajmy na to pięćdziesięciu – najlepszych filmów, to pozycje do tej pory nieobejrzane. Albo obejrzane raz, ale tak ciężkie i wstrząsające, że nawet myśl o ich ponownym odpaleniu jest nieprzyjemna wywołuje grymas. „Requiem dla snu”? „Dług” Krzysztofa Krauze? Widziałam oba – były wstrząsające, ale nigdy nie odważyłabym się sięgnąć po nie ponownie. Po „Płac Zbawiciela” nie sięgnęłam ani razu bo podejrzewałam, że nie dźwignę go emocjonalnie (w czym utwierdziły mnie moje siostry, ostrzegając: Mada, lepiej tego nie oglądaj).
Te ulubione filmy często są gdzieś w tyle za wybitnymi produkcjami, ale mają w sobie to coś. I zwykle są to filmy z rodzaju „feel good”, albo światowy top sensacji.
Mam i ja swoje typy, do których wracam regularnie. „Co z oczu to z serca” (ach, ta chemia między Jennnifer Lopez i George’em Clooney’em!), „Big Lebowski”, „Klątwa Skorpiona”,”Miłość i śmierć”, „Sex, kłamstwa i kasety video”, „Casino Royale”, „Skyfall”, Trylogia Tolkiena/
Petera Jacksona, cały Bourne z Mattem Damonem, wszystkie Harry Pottery. Na pewno znalazłabym jeszcze trochę, ale nie mam tu czasu się rozpisywać. Myślę, że tyle w zupełności wystarczy.
Aha, od zeszłego roku także „Przesilenie zimowe”!
Po takim otwarciu (się) nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przejść do propozycji lanczowych:
- krem kalafiorowy z olejem z pestek dyni
- zupa z kapusty
- kokosowe curry z kurczakiem, warzywami i ryżem basmati
- cannelloni ze szpinakiem, ricottą i mozzarellą, w sosie rosè
- tarta z bakłażanem, dętą, pomidorkami i orzechami włoskimi
- kawałek tarty z cukinią, serem dobbiaco i oliwkami liguryjskimi.