
Film „Kura”, który widziałam w poniedziałek nie wywarł na mnie dobrego wrażenia. Na pewno po trosze przyczynił się do tego, że zamiast na 18:00 byłam tam na 18:30, bo mi się pomyliły godziny. A pierwsze 20-30 minut na pewno świetnie się ogląda, bo jest to etap, kiedy czarna kura rodzi się na fermie, zaczyna znosić jaja, a potem brawurowo ucieka. Na pewno jest to dość pozytywne wzmocnienie i pokrzepienie.
Dalej już tak wesoło nie jest, chociaż jest sporo humorystycznych momentów. Krytycy przedstawili ten film w pozytywnych barwach, właściwie to myślałam że idę na feel good movie. Tymczasem to film dla ludzi o mocnych nerwach i nie rekomendowałabym go w żadnym wypadku jako seans z dzieckiem, chociaż w Polsce w kinie nie ma nakazu oznaczania wieku.
Kurze nic się nie dzieje – no, prawie nic, ale ostatecznie wszystkowiedzący dobrze. Natomiast nie byłam przygotowana na ciężki temat związany z handlem ludźmi i często odwracałam wzrok od ekranu i często patrzyłam na ekran ze skrzywioną twarzą.
Film jest dobry, ale jeśli ktoś szuka w nim właśnie tego feel good, to go nie znajdzie. A moje nastawienie było gorzkim rozczarowaniem. Czytałam potem, że w innych miejscach niż Polska publiczność i krytycy zwracali uwagę na te kwestie, które mi przeszkadzały. Ale najwyraźniej polscy krytycy mają grube skóry i nerwy ze stali. Ja niestety jestem na drugim biegunie. Tylko skąd w takim razie czerpać informacje o filmach, żeby nie było takich wpadek? Chyba muszę zacząć zaglądać na zagraniczne portale.
A Wy zajrzycie dziś do nas. Jest jeszcze butter chicken z wczoraj, mamy też inne rzeczy. Oto one:
- turecka çiorba z soczewicy i dyni
- makaron farfalle z grillowaną cukinią w sosie śmietanowo-winnym, z serem pecorino Romano
- SIEDEM PORCJI butter chickena z ryżem basmati i kolendrą
- tarta z pieczoną papryką, fetą i pestkami dyni.