24 sierpnia 2026

Po siedmiu latach mogłam w końcu odwiedzić Końskie – rodzinne miasto mojego męża. Jechałam na podjarce, bo przez ten czas sporo się tam zmieniło. Najpierw pociągiem firmy Stadler relacji Kraków Główny – Olsztyn Główny (w najbliższy piątek będę nim jechać do Ciechanowa) do Kielc. W Kielcach przesiadka na busa do Końskich i oglądanie wyremontowanego dworca autobusowego. Dworzec w Kielcach zawsze był odlotowy, ale po remoncie jest po prostu odjazdowy, jest ewenementem na skalę co najmniej Polską. Na stanowisko podjechał bud Darian – monopolista busowy w tym regionie. W busie zaatakowała nas muzyka z fabryki piosenek z algorytmu, będąca prawdziwą torturą. Na szczęście mąż wyłączył głośnik nad moją głową (tak – busy Darian mają takie udogodnienia). To była najpiękniejsza rzecz, którą zrobił dla mnie tamtego dnia, chociaż jeszcze poniósł mi torbę a rano zblendowana zupę). Zrobiło się ciszej, chociaż fabryczne rytmy i tak do nas dobiegały. Były tak złe, tak nijakie i tak męczące, że -uwaga! – po usłyszeniu pierwszych taktòw “Blue” Eiffel 65 (sprawdziłam teraz nazwę wykonawcy 🤪), powiedziałam z niejaką ulgą: “Klasyk”.
Kierowca był z tych szarżujących – wyprzedzanie na zakręcie w terenie zabudowanym między Sielpią a Końskimi to jego norma. Małżonek powiedział, że całe szczęście, że w drodze nie jarał szlugów – i w zasadzie ja też podziękowałam losowi, że obyło się bez wąchania dymu.
Tak więc podróż okazała się pełna wrażeń i sensacji, ale cały pobyt w Końskich był już spokojny i odprężający. Podeszłam nawet na przeszpiegi pod dom rodzinny Reni – mojej koleżanki z roku i współlokatorki w akademiku – widziałam nawet z daleka krzątającą się jej mamę.
Wyjeżdżając w niedziele rano zauważyłam pod kościołem św. Mikołaja, że oto pan rozkłada tam swoje stoisko z odpustowymi obwarzankami. Wyleciałam z samochodu jak z procy, bo całe lata ich nie jadłam, a był to mój dziecięcy przysmak. Niestety – okazały się wielką porażką, bo nie były ususzone na chrupko – po prawdzie smakowały jak czterodniowe bułki drożdżowe z pośledniej piekarni. I to bułki o wyraźnej nucie cukru wanilinowego. Przyniosłam je dziś do pracy i umieściłam dla Was na zdjęciu. Płożące się wokół tarty przypominają jak żywo męską fryzurę “kalafior”. A że kalafior jest w dzisiejszej tarcie, to już Was prowadzę do menu:
- krem z groszku z jogurtem
- kokosowe curry z kurczakiem, pieczonym bakłażanem, cukinią i kolorową papryką
- tarta z pieczonym kalafiorem, suszonymi pomidorami i serem dobbiaco.
A na drugim zdjęciu macie bonus – właściciel hurtowni z POLSKIMI warzywami i owocami nie przemyślał do końca nazwy. Jako powiedziałby ktoś, kto lubi używać lepszych wyrazów – nie okazał się koherentny.
