29 października 2026

Chciałabym opisać pokrótce perypetie wczorajszego roboczego dnia. Wygląda na to, że przesadziłam z tym zachęcaniem do spróbowania nowego makaronu. O 13:15 cały zapas calamaraty się skończył. Napływali wciąż nowi klienci, a ja między obsługiwaniem ich dość sporej grupy dogotowałam po kolei pozostałe makarony, jakie mieliśmy. Nie mogłam ich ugotować na raz, gdyż arsenał durum zawierał: dwie niepełne paczki rigatoni, jednæ niepełną paczkę penne, oraz całą paczkę fusili. Włączając w to ostatnią paczkę calamarata, która poszła na pierwszy ogień uzupełniania towaru, dogotowywałam w sumie cztery razy. W zamieszaniu i próbie ogarnięcia sytuacji zobaczywszy bardzo stałego klienta, powiedziałam mu: „Zaraz odwiozą mnie do Tworek”. Po pierwsze – trochę się Tworków czułam, a po drugie – chciałam tym zabawnym zagadaniem rozluźnić trochę własne napięcie i groźną minę.
Ragu bolońskiego zrobiłam naprawdę dużo, tak żeby może coś zostało do Sloppy Joe. Ale wygląda na to, że dziś wszystko zejdzie, ale z dodatkiem gnocchi.
Jak wyglądał mój obiad, możecie się przekonać na drugim zdjęciu – kompletne pomieszanie rodzajów, czyli tak zwane spady. Spady to zacne, nie narzekam – dobrze że cokolwiek zostało.
Dziś za to bogactwo lanczowe, bo mamy i trochę zupy z wczoraj i gnocchi, a oprócz tego dzisiejszy lancz i zupa. Włość wygląda następująco:
- turecka çiorba z dyni i zielonej soczewicy
- CZTERY PORCJE kremu z selera z orzechami włoskimi
- kokosowe wegańskie curry z ciecierzycy i pieczonego kalafiora, ze szpinakiem i ryżem basmati
- gnocchi z ragu bolońskim, natką pietruszki i serem grana padano
- tarta z pieczoną czerwoną papryką, kozim serem dojrzewającym, oliwkami liguryjskimi i bazylią.
