7 sierpnia 2026

Widząc jak Stara fatalnie znosi ponad 28 stopni w domu od wczoraj głowiłam się, jak tu jej ulżyć. Już nawet nie spała na łóżku – pojawiała się tam na chwilę, żeby zaraz położyć się plackiem na parkiecie rozsuwając łapki, żeby przypadkiem jedna nie leżała na drugiej. Wyglądało to trochę tak, jakby były to jej ostatnie chwile i w nocy co i raz podchodziłam do niej, żeby sprawdzić, czy jeszcze dycha. Kiedy zadzwonił budzik, a ja wykonałam cały zestaw ablucyjnych czynności i wdziałam ubranie wpadłam na to, że mogę zmoczyć zimną wodą jeden z podkładów, które kupiliśmy i kładziemy pod kuwety. Najpierw położyłam go koło niej, ale poszła sobie szybko, uznając to zapewne za zbyt dużą ingerencję z mojej strony. Potem pomyślałam, że położę ten podkład na jej grzbiecie – tu odniosłam pewien umiarkowany sukces, bo jakiś czas w tym chodziła, zamiast od razu zrzucić z siebie to jarzmo ze wstrętem. Wyglądała trochę jak paradny koń, na którym siedzi rycerz w zbroi podczas turnieju – parsknęłam nawet śmiechem, ale szybko wróciłam do kombinowania. Kiedy położyła się na kanapie, wachlowałam ją przez chwilę laptopem w pokrowcu – widziałam że jest wyraźnie zadowolona, ale to nie było rozwiązanie, bo wychodziliśmy przecież do pracy. Mój wzrok padł na stojący prosty oczyszczacz powietrza – podeszłam doń, podstawiłam rękę pod wylot, zwiększyłam moc na trójkę i się okazało, że przez dziurki z tyłu wylatuje właśnie taką ilość powietrza, jaka wydawała się idealna (nasz wiatrak do mocny kaliber i już niejednokrotnie uciekała ze strefy jego rażenia). Żeby powietrze na nią leciało, ustawiłam z pomocą małżonka na krześle podstawkę z książek i plastikowej podstawki na laptopa i postawiłam tam oczyszczacz pod odpowiednim kątem. I to było bingo! Stara prawie od razu przyjęła pozycję relaksu, podniosła nawet głowę i zaczęła wyglądać jak kot zadowolony, a nie terminalny. Małżonek nie mógł się nacieszyć wynalazkiem pomysłowego Dobromira, ja też jestem zadowolona, że kotka może mieć godziwe warunki i trochę oddechu. Kiedy wychodziliśmy siedziała tak sobie, niezainteresowana nawet porcją świeżego indyka, która mąż dla niej rano ugotował.
Jak widzicie, gotowanie u nas zaczęło się jeszcze przed szóstą rano. A po przyjściu do Bufetu kontynuowaliśmy ten proceder, którego efekty możecie zjeść. A oto one:

  • krem z buraków z zakwasem i jogurtem
  • czerwone curry z dyni, batatów i zielonej soczewicy, podawane z orzeszkami ziemnymi, ryżem basmati i kolendrą
  • SZEŚĆ PORCJI kokosowego zielonego curry z kurczakiem, warzywami i ryżem basmati
  • tartak pieczoną papryką, fetą i pestkami słonecznika.