19 czerwca 2026

Wczoraj nasza stała klientka załapała się przed piętnastą na ostatnią porcję zupy. Powiedziała że urzekł ją bób w zupie, bo jest jego wielką fanką. Zachęciła mnie, żebym koniecznie spróbowała bobu w wersji smażonej nieobieranej i zaczęła prawie poetycko rozwodzić się nad najwyższymi walorami organoleptycznymi tego dania. Opowiedziała mi, że tam, gdzie pracuje jej mąż, pracował kiedyś pewien pan – dziś niestety już emeryt. W bobowym sezonie pan zawsze przywoził ze sobą do pracy zakupione wcześniej kilogramowe torebki z bobem. Torebki umieszczał w pracowniczej lodówce, a chętni mogli od niego ten bób kupować. Chętnych zawsze było wielu, a lodówka przedzierzgała się w BOBOMAT. Bardzo mnie ten bobomat rozbawił, tak jak moja interlokutorka, która określiła siebie jako BOBOFILA.
Kiedy rozmawiałyśmy, temat z bobu zszedł na jedzenie na mieście. Powiedziałam, że ja na mieście nie jadam. Ale za chwilę wychyliłam się do niej (siedziała przy słynnym stoliku za nadstawką, gdzie przy złych wiatrach można zostać klientem zapomnianym, bo znika się z zasięgu wzroku), bo wpadłam na myśl, że w zasadzie to jest inaczej. Przecież ja codziennie od poniedziałku do piątku jadam na mieście! A źe to u siebie na mieście – nie bądźmy drobiazgowi.
Zapowiadana fala upałów jest już medialnym straszakiem, postanowiłam więc wyjść jej naprzeciw. I zrobiłam chłodnik. A wszystkie dania lanczowe znajdziecie poniżej:
- gazpacho – hiszpański chłodnik z pomidorów i papryki, z ogórkami, czosnkiem, dymką, chlebem, oliwą i kuminem
- kokosowe wegańskie curry z bakłażanem, brokułami, papryką i cukinią
- OSIEM PORCJI fusili z ragu bolońskim
- tarta z cukinią, wędzonym boczkiem i mozzarellą.